piątek, 17 kwietnia 2015

02. Jesteś najlepszy.

Mały zielonooki chłopczyk siedział smutny na łóżku w ciemnym pokoju. Nie wiedział co ma zrobić, został sam... Rodzice zginęli w wypadku, dziadkowie nie żyją; ma tylko ciotkę, wujka oraz dwóch kuzynów. Ale pojawia się pytanie " Czy go zechcą? " Obawiał się, że go odrzucą, zostawią. Jak inni... W szkole też go odrzucili. Ale oni w końcu są dorośli... A jak ich zawiedzie? Jak jego kuzyni będą mu dokuczać? Próbował odgonić od siebie te złe myśli, ale wracały ze zdwojona siłą. To za dużo jak na dorosłego człowieka, a co dopiero na małego chłopca. Cierpiał. Rozmyśla, czeka, aż ktoś po niego przyjdzie. Niestety. Nikt nie przychodził... Dobijało go to jeszcze bardziej, schował głowę w poduszkę i zaczął cicho łkać. Bał się, że już zawsze będzie sam. Zupełnie sam na tej ogromnej planecie. Od dawna nie wierzył w dobro ani szczęście, dla niego one nie istniały. Życie kładło mu kłody od samego początku. Miał dość. Nie chciał tak żyć. Co z tego, że miał sześć lat, nie znał życia, był dzieckiem... Nie znał szczęście. Wiedział tylko co to ból i cierpienie. Dla niego była to codzienność. Dzieci w tym wieku powinny się bawić, śmiać... A on? Siedział sam w szarym, ciemnym pokoju bez okien i płakał... Nagle ktoś zapukał, a drzwi się lekko uchyliły.
- Leoś...- szepnęła kobieta ze łzami w oczach. Nie wiedziała jak ma zacząć, było jej szkoda tego malucha. Chłopczyk spojrzał na nią z nadzieją w oczach.
- S-słu-cham?- wyłkał.
- Jestem Veronica.- przedstawiła się i weszła nie pewnie do pokoju. Usiadła na łóżku obok sześciolatka.- Jestem twoją ciocią.- Leon usiadł i spojrzał na nią. Cieszył się i bał jednocześnie. Cieszył się, że jednak ktoś po niego przyszedł. Ale bał tego co go będzie czekało, nie chciał nikogo zawieść.- Chcesz się przytulić?- zapytała nieśmiało, nie wiedziała jak się ma zachować. W końcu to dziecko jej już nie żyjącej siostry. Chłopczyk nic nie powiedział. Wtulił się w nią mocno, wreszcie poczuł się... bezpiecznie, dobrze? Nie wiedział jak to określić, rzadko się przytulał do swoich rodziców. Oboje byli zapracowani, w sumie to właśnie przez pracę zginęli.
- Cemu mnie wsyscy zostawiają?- zapytał gdy trochę się uspokoił.
- Spokojnie.- przycisnęła go mocniej do siebie.- Masz jeszcze mnie, wujka oraz Federico'a i Diego'a.- zapewniała go.
- A co jak mnie nie polubią?- przeraził się sześciolatek.
- Na pewno się polubicie. Diego jest adoptowany i wie jak to jest.- powiedziała powoli.- Jedziemy do domu?- zapytała po chwili.
- Tak.- powiedział zarazem radośnie i smutno. Jechali około dwudziestu minut. Ten czas był bardzo stresujący dla Leon'a. Gdy weszli do domu od razu zobaczył Federico'a i Diego'a biegających po salonie. 
- Chłopcy mówiłam wam, że nie można biegać po salonie.- zwróciła im uwagę. Chłopcy spojrzeli na Leon'a i podbiegli do niego.
- Jestem Fedelico.- padał mu rękę.- Mam seść lat.- dodał sepleniąc jak każde dziecko. 
- A ja Leon- przedstawił się.- Tez mam seść lat.- ucieszył się z tego powodu, że jeden z nich jest jego rówieśnikiem.
- A ja Diego.- stanął obok nich.- I mam juz siedem lat.- wypiął dumnie pierś.
- Chocie, pobawimy się.- zaproponował Federico. 


- Leon masz towar?- zapytał Fede, gdy byli na zapleczu.
- Tak.- odpowiedział krótko szatyn.- A kiedy chce go Alex ?
- Za tydzień.- wtrącił Diego. Leon chciał zadać jeszcze jedno pytanie, ale do kawiarni ktoś wszedł.
- Dzień dobry.- powiedziała ciepło kobieta.
- Dzień dobry.- odpowiedział szatyn, nie chciał spalić ich "dobrej" reputacji. Większość ludzi myślała, że to zwykli bracia, którzy założyli kawiarnie by mieć z czego wyżyć. Jednak była to tylko przykrywka, aby nikt nie odkrył prawdy.
- Mogę prosić o pani zamówienie?- zapytał szatyn podchodząc do stolika.
- Tak poproszę latte.- powiedziała wesoło.
- Już przynoszę.- uśmiechnął się i poszedł do kuchni. Tam czekał na niego Fede.
- Słuchaj jest drobna komplikacja.- powiedział lekko zły.
- Co jest?- zapytał spokojnie, bo wiedział, że Fede często wyolbrzymia.
- Alex chce broń na jutro.- wyznał zirytowany.
- Ja odpadam.
- Leon proszę przemyśl...- szatyn nie dał mu dokończyć.
- Wiesz dobrze, że mały jest chory i jutro idę z nim do lekarza.- wrzasnął.
- Dobrze wiesz, że jesteś nam potrzebny, a małemu znajdzie się opiekunkę.- zaczął.
- Nie, ty nie wiesz jak to jest być ojcem!- krzyknął po raz kolejny.
- Lepiej idź i daj tej pani zamówienie, a my wrócimy później do tej rozmowy.- wręczył mu kawę. Zdenerwowany szatyn wykonał dane mu polecenie, jednak wrócił do kuchni, bo nie chciał przebywać z jakąkolwiek obcą osobą. Tam czekał na niego jeszcze Diego.
- Stary wiesz, że cię potrzebujemy.- odezwał się najstarszy.
- Ale czemu ja zawsze muszę dostarczać broń?- pyta zrezygnowany.
- Bo jesteś w tym najlepszy.- powiedział spokojnie Hiszpan.
- I nikt cię nie zauważa.- wtrącił swoje trzy grosze Fede.
- Dobra.- zgodził się po chwili namysły.
- Wiedziałem, że się zgodzisz.- zaczął Fede.
- Ale ty pomagasz mi ze znalezieniem niani.- uśmiechnął się złowieszczo do swojego "brata".
- To idźcie, ja popilnuję lokalu.- uśmiechnął się Diego.
- Choć.- Włoch szybko złapał za rękę, szatyn zaśmiał się cicho i ruszył za swoim " przewodnikiem ".
- Fede, gdzie my idziemy?- zapytał po dłuższej chwili.
- Zaraz się dowiesz.- zaśmiał się, a zielonooki zaczął się lekko obawiać, bo wiedział, że pomysłów jego brata trzeba się bać. Po kilku minutach drogi weszli do... przedszkola?
- Fede, czemu tutaj przyszliśmy?- zapytał lekko zdziwiony.
- A gdzie indziej szukać opiekunki jak nie w miejscu gdzie dużo z nich pracuje.- przy ostatnich słowach kilka razy puknął się lekko palcem w głowę. Na co szatyn zaśmiał się gardłowo. Po chwili zauważył, że Fede jest już przy biurku.
- Dzień dobry, my szukamy opiekunki do dziecka.- palnął, a blondynka spojrzała na niego zdziwiona. Leon szybko podszedł by sprostować.
- Znaczy ja z bratem szukam opiekunki do swojego dziecka.- podkreślił specjalnie dwa słowa. Blondynka zaśmiała się cicho.
- Na kiedy pan potrzebuje opiekunki?- zadała pytanie.
- Na jutro i na jakieś inne dni, ale niestety mam taką pracę, że dowiaduję się z dnia na dzień o ważnych spotkaniach w firmie.- skłamał, zawsze tak mówił.- A teraz jeszcze Jake jest chory.
- Dobrze,a ile ma lat?- zapytała.
- Pięć.- powiedział z uśmiechem na twarzy.
- Ja mogłabym się nim zajmować, bo i tak dzisiaj jest moim ostatnim dniem w tej pracy.- powiedział smutna.
- Czemu?- zapytał przejęty Fede.
- Byłam tylko na zastępstwo.- powiedziała patrząc przed siebie.
- A ile chciałabyś za godzinę?- zapytał ciekawy szatyn.- Tak w ogóle jestem Leon, a to Fede.- pokazał na Włocha.
- 10 dolarów za godzinę?- zapytała nie pewnie.
- Ok.- powiedział uradowany.- To przyjdziesz na ten adres?- zapytał dając jej kartkę.
- Tak, dziękuję.- powiedziała szczęśliwa.- Tak w ogóle jestem Ludmiła, ale znajomi mówią do mnie Lu.- dodała uśmiechnięta.
- To do 12.- pożegnali się i wyszli.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej, hej.
Oto kolejny rozdział, mam nadzieję, że wam się podoba.
Niestety jeszcze nikt się nie zgłosił do pisania ze mną bloga, ale mam nadzieję, że ktoś do mnie napisze ;)
W pisaniu tego rozdziału pomagała mi Rox xy, jeszcze raz dziękuje Ci za pomoc ;)
Jak chodzi o tego anonimka, to jak ci się nie podoba to nie czytaj xp.
Zachęcam was do komentowania.
Postaram się, żeby next był szybciej ;)

2 komentarze: